Trzy kilometry do końca świata
reżyser: Emanuel Pârvu
Trzy kilometry do końca świata
reżyser: Emanuel Pârvu
„Trzy kilometry do końca świata” to rzetelne i mądre kino. Rzecz o tolerancji, winie, karze, a przede wszystkim moralności. To rumuński kandydat do Oskara, zauważony już na wielu prestiżowych festiwalach (choćby w Cannes).
Nastoletni Adi na okres wakacji zamienia szkolną bursę na rodzinny dom. Na dyskotece poznaje przystojnego turystę z Bukaresztu, z którym wdaje się w niewinny romans. Czułości chłopaków podpatrują synowie bogatego i wpływowego mieszkańca wioski, którzy siłowo okażą swój stosunek do tolerancji. Dotkliwie pobicie Adiego zostaje zgłoszone na policję. Miejscowy komendant, w towarzystwie ojca Adiego, rozpoczyna osobliwe „śledztwo”. W postępowanie szybko wmieszają się lokalne układy oraz próba zatuszowania pobicia. Pewne (sic!) działania w „wyleczeniu” syna podejmą także rodzice przy udziale miejscowego popa. Ktoś jednak przerwie milczenie. Skutecznie?
Film Pârvu to kino kameralne, skupione na problemie, nie epatujące niepotrzebnymi scenami czy efektami. Skromna jest także obsada, bo to właściwie kilka wyrazistych postaci. Młodziutki Ciprian Chiujdea przy pomocy skromnych środków stworzył poruszającą postać. Pomogła mu w tym charakteryzacja (przerażające efekty pobicia), ale przede wszystkim spokój i opanowanie jakimi obdarzył charakter swojego bohatera. Świetny jest Bogdan Dumitrache, który wciela się w postać ojca. Jest równie powściągliwy, ale znakomicie pokazał drzemiące w nim wątpliwości i emocje wynikające z naturalnej ojcowskiej miłości do syna. Tego „wrzenia” nie osiągnęła odtwarzająca matkę Laura Vasiliu, ograniczając charakter postaci do nieustannej histerii. Parszywą twarz jakiegokolwiek kościoła, tworząc postać okultystycznego popa, znakomicie sportretował Adrian Titieni. Właściwie karykaturę wymiaru sprawiedliwości pokazali komendant oraz jego asystent – Valeriu Andriuţă i Vlad Brumaru.
Symboliczne i wymowne dla akcji jest samo jej umieszczenie w malutkiej wiosce w delcie Dunaju. To przepiękne kadry niedostępnych zakamarków Rumunii, w których rządzi nieokiełznana przyroda (operator Silviu Stavilă). Do najbliższego miasta Tulczy (rum. Tulcea) można się dostać drogą wodną. Choć rzecz dzieje się współcześnie, to miejsce sprawia wrażenie jakby czas zatrzymał się dekady temu. Mimo dostępu do telewizji, internetu czy sieci telefonii komórkowej to zapomniany i zapyziały kawałek świata. Nie pomylę się bardzo, jeśli przyrównam to do wschodniej Polski i do tych miejsc, gdzie gminni i powiatowi radni (sic!) tak ochoczo podejmowali uchwały dyskryminujące osoby LGBT. Należy tez przypomnieć stanowisko kościoła katolickiego albo przynajmniej jego wiernych sług (sic!). W filmie mamy do czynienia z Cerkwią Prawosławną, ale tu też postępowości, a tym samym tolerancji, brak.
Gdyby nie to, że powyższe działo się naprawdę zaledwie kilka lat temu, to uznałbym pokazany w filmie obraz rumuńskiej wsi za przerysowany i nieprawdziwy. Tak niestety jest na wielu prowincjach, także tych postępowych krajów. Dlatego też powstają takie filmy jak „Trzy kilometry do końca świata” albo wręcz bliźniacza polska produkcja „Słoń” (reż. Kamil Krawczycki, 2022). I niestety wciąż im bliżej do dokumentów, niż fantastyki. A analizując losy bohaterów nawet do thrillerów…
Nie trzeba epatować przemocą, by nią przerażać. Nie trzeba epatować pożądaniem, by je poczuć. Nie trzeba epatować dosłownością, by dobrze rozpoznać to co ważne. Pomysł reżysera Emanuela Pârvu, by w tyleż powściągliwy, co pragmatyczny sposób snuć opowieść, okazał się trafny. Mimo powolnego tempa, braku dynamicznych zdarzeń jest to kino angażujące i wciągające.
Jest takie słowo „dojmujący”. Oznacza mniej więcej tyle, co „wywołujący silne, przykre doznania psychiczne” albo „dawać się odczuć intensywnie w nieprzyjemny sposób”. Więc „Trzy kilometry do końca świata” to film dojmująco smutny, dojmująco poruszający, dojmująco przenikliwy i wreszcie dojmująco prawdziwy.




